News

 

Spełnione marzenie - wywiad z Benem Shepherdem

18.04.2014 (11:50)

Radość z pierwszego koncertu w Polsce, szczególna chemia w zespole Soundgarden i przyjaźń z Kurtem Cobainem – to tylko niektóre wątki wywiadu, jakiego udzielił nam Ben Shepherd, basista Soundgarden, na kilkadziesiąt dni przed występem na LFO.

Mateusz Smółka: W czerwcu wydarzy się coś absolutnie wyjątkowego – pierwszy polski koncert Soundgarden. Fani czekali na ten dzień ponad dwadzieścia lat…

Ben Shepherd: Ja też nie mogę doczekać się tego dnia, kiedy zagramy u was po raz pierwszy.

Pewnie podejrzewasz, że to moja standardowa formułka i że dziennikarze słyszą ją wszędzie, gdzie za moment zagramy swoje pierwsze show. Okazji jest wiele, teraz np. gramy po raz pierwszy w historii Soundgarden w krajach Ameryki Południowej. To są dla mnie ważne wydarzenia, ale uwierz, że kiedy myślę o koncercie w Polsce, to znaczy to dla mnie wyjątkowo wiele. Już w latach 90. byłem podekscytowany perspektywą koncertu w waszym kraju. Nieraz myślałem: „Teraz już jesteśmy naprawdę blisko, pewnie wreszcie zagramy w Polsce”. Dobrze wiedziałem, jak wiele się wtedy u was działo. Z perspektywy obserwowałem, jak wasz kraj rozkwita i jak barwna jest polska kultura. Tak było w latach 90., ale marzenie o zagraniu w Polsce we mnie pozostało. Wiem też z dobrych źródeł, że świetnie się u was występuje. Mój znajomy ma zespół – bardzo mały, z niewielkiego miasteczka. Całkiem niedawno zjeździli z koncertami całą Polskę i odnieśli prawdziwy sukces. Kiedy mi o tym opowiedział, byłem naprawdę zazdrosny. Dobrze wiem, że Polska to wyjątkowe miejsce, gdzie miesza się wiele kultur. A teraz czas najwyższy tam zagrać.

Będziecie u nas pierwszy raz, a w dodatku na festiwalu innym niż wszystkie. Life Festival Oświęcim odbywa się w miejscu, gdzie podczas drugiej wojny światowej znajdował się największy nazistowski obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau. To festiwal z misją promowania pokoju i tolerancji ponad narodami oraz wszelkimi granicami. Jak podoba ci się idea takiego festiwalu?

Kocham ideę pokoju. Marzę o tym, aby ludzie chcieli wcielać ją w życie, abyśmy pamiętali, że jesteśmy jednością i jesteśmy od siebie zależni. Każdego dnia możemy zrobić coś pozytywnego, żeby świat, który nas otacza był choć trochę lepszy. Ten festiwal reprezentuje wspaniałe wartości, wiec czuję dumę i zaszczyt, że na nim zagramy

Jimi Hendrix powiedział kiedyś takie słowa: „Muzyka nie kłamie. Jeśli coś musi być zmienione na tym świecie, to może wydarzyć się tylko poprzez muzykę”. Czy zgadzasz się z Jimim? Czy muzyka ma aż taką siłę?

Jimi powiedział coś bardzo mądrego. To współgra z jego graniem na gitarze i tekstami piosenek, które też były wyjątkowe. Muzyka jest na pewno fantastycznym narzędziem, które pozwala komunikować wiele spraw. Muzyka po prostu buduje komunikację. Z mojego punktu widzenia to jest jej najbardziej wyjątkowa cecha. Muzyka, tak jak malowanie, pisanie, śpiewanie, czy taniec, ma coś do zakomunikowania. Myślę więc, że Jimi miał sporo racji, ale ta siła, o której opowiadał, nie sprowadza się tylko do samej muzyki.

Wróćmy do Soundgarden. Jesteście z powrotem na scenie, jesteście w trasie i świętujecie dwadzieścia lat albumu „Superunknown” - albumu, który zdefiniował waszą karierę. Kiedy po tych dwudziestu latach dziś słuchasz tej płyty, z czego jesteś najbardziej dumny?

Wydaje mi się, że nie czerpię żadnej dumy ze słuchania „Superunknown”. Najważniejsze, że udało nam się stworzyć coś, co podoba się tak wielu ludziom. Zawsze graliśmy muzykę przede wszystkim dla siebie. Graliśmy takie piosenki, o których na początku nikt nie pomyślał, że mogą nadawać się do zagrania w radiu. Żaden z nas nie był nastolatkiem wyjątkowo popularnym, lubianym w szkole, czy poza nią. Nikt na nas nie stawiał. Pozostawaliśmy w cieniu – każdy z nas z osobna i jako zespół. A potem udało nam się stworzyć coś, co ludzie lubią niezmiennie przez te wszystkie lata. Ta muzyka ich porusza i do nich dociera, a moim zdaniem to wspaniałe osiągnięcie. Fani nie zapomnieli o „Superunknown”, a te dwadzieścia lat minęło przecież jak mrugnięcie okiem. Nie do pomyślenia! Mam wrażenie, że zrobiliśmy tę płytę dosłownie dwa lata temu. Dla porównania nagranie „Down On The Upside” (1996 – red.) wydaje się dużo bardziej odległe. Ale za to „Badmotorfinger” (1991 – red.) to płyta, która z mojego punktu widzenia też ukazała się całkiem niedawno. Biorąc to pod uwagę, trudno z odpowiednim dystansem i z perspektywy czasu spojrzeć na „Superunknown”, tak by wyciągnąć jakieś uniwersalne wnioski. Najbardziej niesamowite jest to, jak mocno fani pokochali ten album i wciąż go kochają.

„Superunknown” to było wielkie wydarzenie. Ale ta płyta nie była ani łatwa, ani lekka, ani przyjazna radiu. Jak wytłumaczysz ten oszałamiający sukces? A był to wtedy światowy sukces nie tylko waszego albumu, ale i całej muzyki grunge…

I tutaj możemy wrócić do cytatu Jimiego Hendrixa, który przytoczyłeś wcześniej. Chodzi o prawdę. Fani chcieli prawdy, czegoś autentycznego i podanego prosto z mostu. Nie pamiętam nawet, kto był wtedy w latach 90. na topie w świecie muzyki pop. Ale pewne jest, że ludzie byli zmęczeni całą machiną muzyki popularnej. Świat rozglądał się za czymś prawdziwym i po prostu normalnym. Sukces „Nevermind” Nirvany udowodnił to jeszcze przed nami. To była ta iskra, a potem zaczęło coś wielkiego. Dla muzyki grunge otworzyło się wiele drzwi, nastały czasy wielkich możliwości. A nasze „Superunknown” było kolejnym potwierdzeniem, jaką siłę miała wtedy ta muzyka.

A z muzykami Nirvany byliście przyjaciółmi, czy raczej traktowaliście się jak rywale?

Kiedy tylko na siebie trafialiśmy, starałem się im nieźle natłuc, bo szczerze ich nienawidziłem… (śmiech) Oczywiście żartuję! To byli moi dobrzy przyjaciele. Tak naprawdę wciąż jesteśmy przyjaciółmi, przede wszystkim z Kristem (Novoselicem, basistą Nirvany – red.) i Chadem (Channingiem, pierwszym perkusistą Nirvany - red.). Widziałem się z Chadem dosłownie dzień przed tym, gdy ruszyliśmy z Soundgarden w trasę koncertową. Jego zespół Escape Cars, był niedawno w trasie po Europie i zagrali też kilka występów w Polsce. Ja za to oglądałem ich chwilę temu na małym koncercie w Cofee Shopie w moich rodzinnych stronach. Z Chadem zatem mamy kontakt na bieżąco. Dużo rzadziej widuję Krista. Kiedyś wpadaliśmy na siebie częściej, ale teraz mieszka kawałek ode mnie.

Powroty rockowych legend zdarzają się dość często. Ale dużo rzadziej zdarzają się powroty z dobrymi albumami. Wam się to udało – wróciliście bardzo dobrze przyjętym albumem „King Animal”. Zespół na tej płycie gra z wielką pasją. Czy łatwo było po wielu latach przerwy odnaleźć ponownie energię i świeżość wspólnego grania?

Chemia między nami zawsze była i jestem pewny, że ona zawsze będzie w tym zespole. Nasza kariera dała mi to przekonanie. Soundgarden może przez chwilę nie grać razem i zawiesić działalność. Ale nie zagraża to temu czemuś, co jest między nami za każdym razem kiedy bierzemy do rąk instrumenty. Nie boję się, że coś się stanie, bo my to po prostu mamy i nie mamy zamiaru kombinować, żeby ryzykować zepsucie chemii w zespole. Kiedy spotkaliśmy się po dłuższej przerwie, wszystko czego potrzeba, żeby powstała wspaniała muzyka od razu było między nami. Bez filozofowania, od razu byliśmy gotowi do jazdy.

Soundgarden zawiesił działalność w momencie, kiedy byliśmy pewnie że nic nie grozi naszemu dziedzictwu, temu co zbudowaliśmy naszym graniem. Nigdy nie wykluczaliśmy opcji, że kiedyś wrócimy, żeby zacząć dokładnie w tym samym punkcie. A kiedy zapadła decyzja, że Soundgarden znów zagra, na początku skoncentrowaliśmy się bardzo mocno, żeby to był dobry powrót. Nie chcieliśmy wydawać płyty z byle jakim, szybko zrobionym materiałem, ani też skupić się wyłącznie na jednym, powrotnym singlu. Nie było także mowy o powrocie w formie nostalgicznej trasy koncertowej. Plan był jasny – na spokojnie robimy nową płytę. A dopiero kolejnym krokiem będzie promująca ją trasa koncertowa. Na tym planie skoncentrowaliśmy się całkowicie. Ponieważ chemia w zespole była od razu, to wszystko podziało się dość swobodnie.

Podczas przerwy w działalności zespołu byłeś cały czas aktywnym muzykiem. Ale ciekawi mnie, czego najbardziej ci brakowało, kiedy przez chwilę nie grałeś w Soundgarden?

Tęskniłem za wspólnym wychodzeniem na scenę i zdobywaniem jej. To był zawsze nasz świat. Wychodzenie na scenę z tą konkretną trójką facetów - tego nie da się porównać do żadnego innego doświadczenia. Trzymajcie się, wychodzimy, to jest nasz świat!

Los muzyka jest bardzo złożony. Kiedy wymyślasz i nagrywasz piosenki, a ludziom na tym zależy i czekają na te nagrania – wtedy wszystko idzie gładko. Ale kiedy to zainteresowanie mija, sytuacja się komplikuje. Wtedy stoi przed tobą najtrudniejsze zadanie - musisz wyzwolić w sobie na nowo twórczy instynkt. Musisz własnymi siłami wyzwolić tę iskrę i tę siłę, żeby znów zależało ci na graniu muzyki. Ale kiedy masz Soundgarden i grasz z nim na żywo, jesteś ponad takimi dylematami. Cały zewnętrzny świat, wszystkie problemy, zarówno te biznesowe, jak i prywatne – to wszystko nie ma żadnego znaczenia przez dwie godziny koncertu. Co tu dużo mówić, to jest magia.

Przed wami koncerty w Południowej Ameryce, potem czeka na was Europa i wreszcie na finał wspólna trasa z Nine Inch Nails po Stanach Zjednoczonych. Zastanawia mnie, jak bardzo bycie w trasie w 2014 roku różni się od koncertowania w latach 90.?

My na pewno się nie zmieniliśmy. To publiczność jest dzisiaj niesamowicie nudna, zwłaszcza ta w Ameryce. Fani w ogóle nie są głośni i do tego wszyscy są bardzo do siebie podobni. Co gorsza, duża część reprezentuje nastawienie: „a, co mi tam – wszystko już widziałem”. Kiedyś fani Soundgarden byli dużo bardziej zżyci i oddani naszej muzyce. To, że nie są już tak głośni jak kiedyś, to oczywiście rozumiem. Ważne, że po prostu wciąż są z nami. Poza starą gwardią przychodzi na koncerty też bardzo wielu młodych fanów, dużo więcej niż się spodziewałem. Na pewno nie jest tak, że oglądają nas teraz już tylko starsi panowie z brzuszkiem. Ale na pewno koncerty są inne niż kiedyś. Jest dużo mniej stage divingu i crowd surfingu. Jest zdecydowanie mniej rzucania butami i butelkami. Wydaje się, że w porównaniu do tego, co dzieje się dziś, koncerty w latach dziewięćdziesiątych przypominały prawdziwe zamieszki. Teraz już czegoś takiego nie doświadczysz. Mam troszkę żalu do dzisiejszych dzieciaków, a nie tych z lat 90., którzy już dorośli. Ci, którzy dorośli dają na koncertach czadu dużo mocniej niż młodzi ludzie. Dziwna sytuacja. Choć oczywiście trudno mi takie wnioski wysnuwać co do reszty świata.

Szalonych i oddanych fanów na pewno zobaczysz w Polsce…

Wątpię. Zwykle w takich sytuacjach używamy gazu łzawiącego i udaje się ostudzić atmosferę… (śmiech) Oczywiście żartuje! Zgadzam się w stu procentach z tym, co powiedziałeś. Słyszałem o polskich fanach dokładnie takie same opinie. Nie tylko ty twierdzisz, że są pełni pasji i rockowej dzikości. Między innymi dlatego zawsze chciałem do was przyjechać. Wiele znajomych mi zespołów ze sceny punk rockowej grało u was świetne koncerty. Pamiętam, że kiedy byliśmy w trasie z Guns’n’Roses w 1991 roku, byliśmy w waszych okolicach. Niestety nie dotarliśmy do Polski, ale wiele zespołów, których wtedy słuchałem, grało u was. Wiedziałem, że wiele kapel ze sceny hard core’owej koncertuje w Polsce, np. na squatach. W miastach, gdzie dzieciaki żyją muzyką, a do tego są zaangażowane w świat wokół nich. I wtedy myślałem sobie, że powinniśmy tam być dla nich. Zagrać dla nich koncert, bo to jest publiczność Soundgarden. No i teraz po dwudziestu latach wreszcie zrealizujemy to marzenie.

A co z nową muzyką. Czy będzie kolejny premierowy album Soudgarden?

Rozmawialiśmy już o tym w zespole, zanim zaplanowaliśmy wyruszenie w ostatnią część naszej trasy koncertowej. To jest ten etap, który teraz zaczynamy. Tę część trasy zagramy bez Matta Camerona, który ma inne zobowiązania koncertowe. Kiedy w sierpniu zamkniemy ten rozdział, wtedy przegrupujemy szeregi i zobaczymy, co dalej. Na spokojnie zdecydujemy, czy wchodzimy do studia od razu, czy też powstanie jakiś inny plan na pisanie nowych piosenek. Widzę na horyzoncie kolejną płytę. Wszystko robimy swoim tempem i na naszych warunkach, więc ten proces też poukładamy po swojemu. Taka swoboda bardzo nam służy. Tak, będzie ciąg dalszy.

 

Pozostałe

 

Szósta edycja Life Festival Oświęcim potrwa od 17 do 20 czerwca 2015 r. W styczniu… czytaj więcej ›

 

14 lutego w Kraków Arenie wystąpi Ennio Morricone. Współorganizatorem koncertu… czytaj więcej ›

 

Wielki sukces Life Festival Oświęcim! 20 tysięcy par dłoni oklaskujących Erica… czytaj więcej ›

 

Ponad 15 tysięcy osób na płycie, fenomenalna atmosfera i świetna pogoda – to… czytaj więcej ›

 

Wczoraj poznaliśmy zwycięzców konkursu na plakat MOJA WOLNOŚĆ. czytaj więcej ›

 

Drugi dzień piątej edycji obfitował w pozytywne emocje. Wypełniona po brzegi sala OCK,… czytaj więcej ›

 
 
 

 
Organizator:
we współpracy z:
Partnerzy:
Sponsorzy:
Sponsorzy wspierający:
Patroni medialni: